*narracja pierwszoosobowa, narrator- Lily
Następnego dnia wróciłam do szkoły mając serdecznie dość moich dwóch serdecznych przyjaciółek z zakonu -Marleny McKinnon i Ariel Odgeon. Zeszłego wieczoru naszły mnie i nie dały spać aż do drugiej nad ranem, bo spotkały jakiegoś przystojniaka. Żenada. W każdym razie w szkole, patrząc na ogólny wykres spokoju w Hogwarcie, było spokojnie. Dlaczego? Otóż nasz ukochany charłak Argus Filch i jego wredna, zawszona kotka Pani Norris wybrali się na urlop. Zdezorientowani Huncwoci nie wiedzieli komu robić żarty, więc już na początek roku zawiesili broń, ale nie. Nie są normalnymi nienormalnymi, żeby planować co robić tylko są po prostu Idiotami, dla których zawieszenie broni oznacza robienie kawałów każdemu. Z tego też powodu siedzę tu teraz już od czterech godzin i z satysfakcją obserwuję jak chłopcy jęcząc jak małe dzieci, z wyjątkiem Łapy, który jęczy jak szczeniaczek, szorują SWOIMI szczoteczkami podłogę w korytarzu. Z 30 metrów korytarza pokrytego szlamem niewiadomego pochodzenia, zrobili dopiero pięć. Dzisiaj mają umyć przynajmniej połowę. Naturalnym jest, że próbowali wielu sztuczek, ale na mnie to nie działa. Chociaż kiedy Potter i Black zdjęli koszulki zarumieniłam się, ale zaraz się opamiętałam i poszczułam ich Drętwotom. Ach, jak ja kocham być prefektem. Z ciężkim sercem stwierdziłam, że chłopcy skończyli już swoją robotę, więc odesłałam ich do dormitorium. Ucieszeni pobiegli w stronę pokoju wspólnego. Leniwie zaczęłam się schylać po krzesło na którym siedziałam, ale czyjeś ręce złapały mnie w talii. Czyjeś? Naprawdę Lily, naprawdę? Naturalnie, że to ręce Jamesa złapały mnie i przyciągnęły do siebie. Zaczęłam się wyrywać, ale lekko się uspokoiłam czujące jego ciepłe usta na moim karku. Uspokoiłam się, ale dlaczego!? To Potter! Powinnam mu teraz przyłożyć i wlać mu szlaban za obmacywanie pani prefekt. A zamiast tego daje mu się całować. Gdy nie napotkał oporu, obrócił mnie do siebie i spojrzał głęboko w oczy przyciągając mnie do siebie. Zrobiłam się czerwona jak burak. Gdyby mnie nie trzymał w żelaznym uścisku i w dość znaczący sposób udowodnił mi, że to nie jest sen- zemdlałabym. Okej Ruda, uspokój się i spójrz na to obiektywnie. Oh. Nie, to nie może być prawda. Czy jest taka możliwość, że ja zakochałam się w Jamesie Potterze!?
*narracja pierwszoosobowa, narrator-James
Najpiękniejszy dzień w moim życiu. Właśnie trzymam w ramionach pewną rudą osóbkę i się z nią całuję! I to dobrowolnie! Wow! Zaraz mogę po prostu złapać McGonnagal za nos! O matko! Ona mi jeszcze oddaje te pocałunki. Takie delikatne, ale tak czułe i subtelne! Podniosłem ją i okręciłem wokół własnej osi. Skradłem jej jeszcze jeden pocałunek i spojrzałem głęboko w oczy. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały ona się zaczerwieniła niemiłosiernie i odwróciła wzrok. Zachichotałem i skradłem jej jeszcze jednego buziaka. Widząc, że ją trochę ośmieliłem zacząłem rozmowę.
-Jeśli mogę wiedzieć to co cię skłoniło do tych nagłych czułości?
-eee...Dzień Dobroci Dla Zwierząt?
-Będzie za dwa miesiące.
Nie uzyskałem odpowiedzi.
-Kocham Cię, Liluś. Naprawdę. Nie dam cię skrzywdzić ani sam cię nie skrzywdzę.
-Ja, ja też cię chyba kocham- mruknęła niezdecydowana.
Z uśmiechem pocałowałem ją namiętnie i przyciągnąłem do siebie bliżej. Wesoło rozmawiając i się śmiejąc odeszli w stronę pokoju wspólnego Gryffindoru nie mając pojęcia, że pewien Ślizgon o przetłuszczonych, czarnych włosach i ziemistej twarzy przygląda im się ze łzami w kruczoczarnych oczach.
czwartek, 20 lutego 2014
piątek, 10 stycznia 2014
Rozdział 4
*narracja pierwszoosobowa, narrator: Lily
Dobiegłam do domu Ariel jako pierwsza. Ach, zapomniałabym. Ariel Larsson to trzydziestopięcioletnia kobieta, wściekle niebieskie włosy i czerwone oczy. Stara ciałem, młoda duchem. I to nawet za młoda. Jest szalona, nieprzewidywalna, ale odpowiedzialna. Nigdy bym nie powiedziała, że nie można na niej polegać.
Ad rem. Zmieniłam się w człowieka i zgarnęłam ciuchy, która czerwonowłosa mi przygotowała. Kochana. Ubrałam się szybko i zapukałam trzy razy do drzwi. Tylko oderwałam ręka od drzwi, a one otworzyły się z rozmachem.
-Sieeeeeemkaaaa! -krzyknęła mi prosto w twarz Ariel- herbatki z marihuaną? Moody mówi, że powinnam z tym skończyć, ale przecież nadal to piję i jest wspaniale! To co? Mam ciasteczka, pierniki, szarlotkę, kokę, marihuanę, trawkę, whisky, jabłecznik, sernik...
- Zamknij japę i dawaj normalną herbatkę, kochanie- ucięłam i stanowczym krokiem weszłam do środka.
Po chwili lokatorka weszła z przysmakami do salonu, z którego aż wylewała się słodkość i tęczowe rzygi. Błe... Zaraz sama rzygnę. Już miałyśmy sobie pogadać od serca, ale nagle drzwi się otworzyły weszło przez nie cała reszta członków.
Było nudno. Wszyscy zdawali tylko raportu z nudnych misji, które były po prostu nudne. Aż do czasu. Przyznawanie misji. Ooo... Było ciekawie. A nie! Jest ciekawie! Mam po prostu tak super interesującą i NIEBEZPIECZNĄ misję, że po prostu... Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!! Mam poderwać przywódcę udziału wilkołaków od Voldzia, wydobyć z niego kilka informacji i go zamknąć. Najlepiej z resztą swoich kundlów. Moją prawie dwutygodniową- bo na tyle szacuje się czas zadania- nieobecność w szkole sam dyrektor usprawiedliwi mi problemami rodzinnymi. Pff... Na myśl o tym, że większość uczniów uważa mnie za szlamę z patologicznej rodziny typu Black czy Malfoy, tylko u mugolów. He, he he. Myślę, że będzie ciekawie. Zwłaszcza, że jest meeega przystojny jak na wilkołaka ,ale ma czterdzieści lat. Grrrr....
*Następny dzień*
Ponętnym wzrokiem patrzyłam prosto w oczy Greybackowi i delikatnie poruszałam biodrami w rytm muzyki odzianymi kusą spódniczką. Naturalnie nie byłam tą nienaganną uczennicą Hogwartu, tylko z trzydziestoletnią kobietą o włosach w kolorze mysiego brązu i różowych kontaktach. Miałam wściekle różową ów kusą spódniczkę i czerwony koronkowy stanik. Do tego włosy w loczkach, mocny makijaż, soczyste czerwone usta i czarne koronkowe rajstopy naturalnie. Buty- czerwone szpile. Czyli tak jak zawsze. Nagle obróciłam się i ruszyłam do drzwi prowadzących do prywatnych stolików, machając przesadnie biodrami. Przed przejściem przez nie obejrzałam się zalotnie na niego i widząc, że do mnie zmierza ruszyłam stanowczym krokiem do stolika.
Streszczę wam co się stało przez ten czas. Uwiodłam go ,co było nie lada wyzwaniem. Następnie jednym prostym zaklęciem bezróżdżkowym unieruchomiłam i wlałam mu trochę varitaserum do ust. Spisałam w notatniku to co usłyszałam i nacięłam mu skórę w bardzo bolącym miejscu wywołując u niego ryk. W następnej chwili, cała we krwi, znalazłam się w domu Ariel w swojej normalnej postaci, niestety ciągle w tych beznadziejnych ciuchach. Idąc do łazienki ospale zdejmowałam z siebie ubrania. Powitałam lokatorkę zajętą pożeraniem żelków i oglądaniem Yatamana. Rozdzieliłam włosy palcami i napuściłam wody do wanny. Zaraz do niej wskoczyłam i wpuściłam kilka kulek z olejkiem lawendowym. Dziś jest czwartek. Miałabym dwa tygodnie wolnego, ale tego nie wykorzystam. Zdam raport jutro po lekcjach i będę miała duuużo wolnego, ponieważ w poniedziałek i wtorek mamy wolne. Ta misja była łatwa. Tuż po moim odejściu wezwałam aurorów, którzy należą do Zakonu. Wiedząc, że w klubie wraz z szefem było ośmiu z dziesięciu członków, a wszyscy ci przylecieli do Greybacka słysząc jego ryk. Czyli jutrzejszy poranek wykorzystam na wyśledzenie i złapanie tych dwóch. Potem wydam ich reszcie. Po dwóch godzinach wyszłam z łazienki ubrana w za dużą koszulkę, w której zawsze nocuję u Larssonowej. Położyłam się do łóżka. O ile można tak nazwać rzucenie się na nie. Drzwi do pokoju otworzyły się z trzaskiem.
Dobiegłam do domu Ariel jako pierwsza. Ach, zapomniałabym. Ariel Larsson to trzydziestopięcioletnia kobieta, wściekle niebieskie włosy i czerwone oczy. Stara ciałem, młoda duchem. I to nawet za młoda. Jest szalona, nieprzewidywalna, ale odpowiedzialna. Nigdy bym nie powiedziała, że nie można na niej polegać.
Ad rem. Zmieniłam się w człowieka i zgarnęłam ciuchy, która czerwonowłosa mi przygotowała. Kochana. Ubrałam się szybko i zapukałam trzy razy do drzwi. Tylko oderwałam ręka od drzwi, a one otworzyły się z rozmachem.
-Sieeeeeemkaaaa! -krzyknęła mi prosto w twarz Ariel- herbatki z marihuaną? Moody mówi, że powinnam z tym skończyć, ale przecież nadal to piję i jest wspaniale! To co? Mam ciasteczka, pierniki, szarlotkę, kokę, marihuanę, trawkę, whisky, jabłecznik, sernik...
- Zamknij japę i dawaj normalną herbatkę, kochanie- ucięłam i stanowczym krokiem weszłam do środka.
Po chwili lokatorka weszła z przysmakami do salonu, z którego aż wylewała się słodkość i tęczowe rzygi. Błe... Zaraz sama rzygnę. Już miałyśmy sobie pogadać od serca, ale nagle drzwi się otworzyły weszło przez nie cała reszta członków.
Było nudno. Wszyscy zdawali tylko raportu z nudnych misji, które były po prostu nudne. Aż do czasu. Przyznawanie misji. Ooo... Było ciekawie. A nie! Jest ciekawie! Mam po prostu tak super interesującą i NIEBEZPIECZNĄ misję, że po prostu... Iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!!! Mam poderwać przywódcę udziału wilkołaków od Voldzia, wydobyć z niego kilka informacji i go zamknąć. Najlepiej z resztą swoich kundlów. Moją prawie dwutygodniową- bo na tyle szacuje się czas zadania- nieobecność w szkole sam dyrektor usprawiedliwi mi problemami rodzinnymi. Pff... Na myśl o tym, że większość uczniów uważa mnie za szlamę z patologicznej rodziny typu Black czy Malfoy, tylko u mugolów. He, he he. Myślę, że będzie ciekawie. Zwłaszcza, że jest meeega przystojny jak na wilkołaka ,ale ma czterdzieści lat. Grrrr....
*Następny dzień*
Ponętnym wzrokiem patrzyłam prosto w oczy Greybackowi i delikatnie poruszałam biodrami w rytm muzyki odzianymi kusą spódniczką. Naturalnie nie byłam tą nienaganną uczennicą Hogwartu, tylko z trzydziestoletnią kobietą o włosach w kolorze mysiego brązu i różowych kontaktach. Miałam wściekle różową ów kusą spódniczkę i czerwony koronkowy stanik. Do tego włosy w loczkach, mocny makijaż, soczyste czerwone usta i czarne koronkowe rajstopy naturalnie. Buty- czerwone szpile. Czyli tak jak zawsze. Nagle obróciłam się i ruszyłam do drzwi prowadzących do prywatnych stolików, machając przesadnie biodrami. Przed przejściem przez nie obejrzałam się zalotnie na niego i widząc, że do mnie zmierza ruszyłam stanowczym krokiem do stolika.
Streszczę wam co się stało przez ten czas. Uwiodłam go ,co było nie lada wyzwaniem. Następnie jednym prostym zaklęciem bezróżdżkowym unieruchomiłam i wlałam mu trochę varitaserum do ust. Spisałam w notatniku to co usłyszałam i nacięłam mu skórę w bardzo bolącym miejscu wywołując u niego ryk. W następnej chwili, cała we krwi, znalazłam się w domu Ariel w swojej normalnej postaci, niestety ciągle w tych beznadziejnych ciuchach. Idąc do łazienki ospale zdejmowałam z siebie ubrania. Powitałam lokatorkę zajętą pożeraniem żelków i oglądaniem Yatamana. Rozdzieliłam włosy palcami i napuściłam wody do wanny. Zaraz do niej wskoczyłam i wpuściłam kilka kulek z olejkiem lawendowym. Dziś jest czwartek. Miałabym dwa tygodnie wolnego, ale tego nie wykorzystam. Zdam raport jutro po lekcjach i będę miała duuużo wolnego, ponieważ w poniedziałek i wtorek mamy wolne. Ta misja była łatwa. Tuż po moim odejściu wezwałam aurorów, którzy należą do Zakonu. Wiedząc, że w klubie wraz z szefem było ośmiu z dziesięciu członków, a wszyscy ci przylecieli do Greybacka słysząc jego ryk. Czyli jutrzejszy poranek wykorzystam na wyśledzenie i złapanie tych dwóch. Potem wydam ich reszcie. Po dwóch godzinach wyszłam z łazienki ubrana w za dużą koszulkę, w której zawsze nocuję u Larssonowej. Położyłam się do łóżka. O ile można tak nazwać rzucenie się na nie. Drzwi do pokoju otworzyły się z trzaskiem.
środa, 25 grudnia 2013
Rozdział 3
*narracja pierwszoosobowa, narrator-Narcyza
Następnego dnia obudziłyśmy się porozrzucane po całym pokoju. Jedna na parapecie, druga pod biurkiem, trzecia w łazience, a czwarta w fotelu. Tak w ogóle co robi fotel w naszym pokoju!? Nieważne. Eh. Jednak hogwardzka na smutki nie jest dobrym rozwiązaniem. Przeszłam przez tor przeszkód utworzony z ciał moich przyjaciółek, mebli i najzwyczajniejszych pierdółek, które powypadały z szafek lub kufrów, do szafy i zwinęłam mundurek jednym susem pokonując drogę do łazienki. Po pięciu minutach byłam już odświeżona i piękna jak zwykle. Związałam włosy w kucyk i spoglądnęłam jeszcze na lusterko. Po co dziewczyny się malują w tym wieku? Osobiście to oczywiście się maluję, ale lekko lub tylko tą część twarzy, którą chcę uwydatnić. Rozumiem takie osoby co mają na przykład blizny czy jakieś ohydne przebarwienia, ale takie dziewczyny, które są tak normalnie ładne i nakładają 50 ton tapety na siebie!? Skandal! Z tą myślą wyszłam z łazienki i zauważyłam, że czarnej już nie ma. Ach, ta idealna Andromenda. Wyszłam z pokoju przy okazji kopiąc dziewczyny i krzycząc 'POBUDKA!!!' wyszłam z dormitorium. Przeszłam przez pokój wspólny i dokładnie o ósmej wkroczyłam do wielkiej sali. Usiadłam na swoim stałym miejscu i już po chwili zagadał do mnie Frank Longbottom i Arthur Weasley. Jako, że są moimi serdecznymi znajomymi i mamy wspólne tematy. Tym razem wymienialiśmy refleksje na temat ostatniego ataku śmierciożerców. Po chwili dołączyły do nas dziewczyny z Huncwotami, ale ograniczyłam się do zwykłego 'cześć' i powróciłam do konwersacji z chłopakami. Gadaliśmy tak aż do ósmej pięćdziesiąt, a z powodu tego iż moi koledzy są o rok starsi to niestety nie mamy razem lekcji, ale ustaliliśmy, że spotkamy się później na błoniach. W każdym razie poszłam na dwie godziny eliksirów ze Ślizgonami. Do klasy można wejść przed czasem, ale nie okazało się to dobrym pomysłem, ponieważ w sali byli sami ze Slytherinu. Natychmiast zajęłam swoje miejsce unikając patrzenia w oczy Bellatrix. Ta na szczęście odpuściła sobie dręczenie mnie. Otworzyłam książkę na 666 stronie. Przeleciałam oczami po kartce. Uśmiechnęłam się pod nosem i wpisałam tam dwa rządki liter po japońsku. Mój uśmiech się poszerzył. Po chwili przyszła Lily i przeczytała to. Pokiwała tylko głową nie wiedząc jak mnie przekonać, abym to 'rzuciła'. Zamknęłam go i zajęłam się lekcją. Eh jak dobrze, że ruda ze mną siedzi inaczej bym zasnęła albo zabiła nauczyciela. Przez bite półtorej godziny profesorek gadał jaka to Lily Evans jest wspaniała! Eh, rzygać się chcę...
Potem Gryfoni mieli transmutacje z profesor McGonagall, która to gadała jacy to nasi chłopcy są nieodpowiedzialni przez pół lekcji, a przez drugie pół gadała jacy to jesteśmy beznadziejni z transmutacji. Naturalnie nie Evans i Lupin. Oni są 'skazani na Wybitne'.Ciekawe dlaczego? Następnie była historia magii i zielarstwo. Dobrze, że siedziałam z nerwulą, bo inaczej nic a nic bym nie wiedziała. Eh, ta moja Liluś! Potem był obiad. Po obiedzie Lilka i Remus poszli na numerologię, wróżbiarstwo, starożytne runy i jeszcze o dwudziestej poszli na astronomię. Czyli cały dzień byli zajęci. Więc zostałam sama z Dorcas- z czego się akurat cieszę- i Huncwotami, czyli z moim głupim kuzynem też. Ale jest plus. Jest z nami James... Boże szkoda, że on kocha Lily! Nie chodzi o to, że nie kocham Lucjusza, bo on jest moją jedyną i prawdziwą miłością, ale moja duma nie pozwala na to, żeby chłopak mnie nie zauważał! Dupek! Jak można nie zauważyć mnie!? Jestem boska! Eh, zaczynam rozumieć dlaczego Lilka uważa go za totalnego durnia...
*narracja trzecioosobowa
Naszej uroczej czwórce dziewcząt tydzień minął bardzo szybko. W końcu nadszedł weekend. Lily i Andromenda jak zwykle odrobiły swoje lekcje w piątek wieczorem, a że Lilka jest wredną, rudą małpą nie chce im pomóc. Naturalnie gryfonki wiedziały jaki prawdziwy cel miało to kłamstwo, ale wiedziały, że muszą udawać, że o niczym nie wiedzą. I tak ruda naprawdę źle postąpiła, że wyjawiła im, że należy do zakonu. Cóż, zresztą nie można się nie dziwić skoro dwie z nich to śmierciożercy, a trzecia to roztrzepana dziewczyna, której dziadek jest znienawidzonym czarodziejem i pierwszym z śmierciożerców. W każdym razie Anda przez pięć godzin próbowała wbić cokolwiek do ich pięknych główek, a Lily była na zebraniu. Po wyjściu na błonia i bezszelestnym przejściu do lasu zamieniła się w potężnego tygrysa o intensywnie zielonych oczach, dostojnym wyglądzie i ''kociej'' gracji. Nie brakowało jej tej ziarenka sarkazmu, chociaż jako kot ciężko było jej pokazać jakiekolwiek uczucia.
Popatrzyła jeszcze raz w stronę zamku. Gdy dostrzegła białe, podłużne chmury rzuciła się biegiem w stronę granicy dzielącej świat stricte brutalny i chaotyczny od świeckiego spokoju tej ostoi dobra i bezpieczeństwa. Wszystko było dobrze. Biegła przed siebie i rozkoszowała się wiatrem i jednoczeniem z naturą. Była taka beztroska. Szkoda, że nie wiedziała, że ktoś ją obserwuje.
I to z niecnymi planami...
Następnego dnia obudziłyśmy się porozrzucane po całym pokoju. Jedna na parapecie, druga pod biurkiem, trzecia w łazience, a czwarta w fotelu. Tak w ogóle co robi fotel w naszym pokoju!? Nieważne. Eh. Jednak hogwardzka na smutki nie jest dobrym rozwiązaniem. Przeszłam przez tor przeszkód utworzony z ciał moich przyjaciółek, mebli i najzwyczajniejszych pierdółek, które powypadały z szafek lub kufrów, do szafy i zwinęłam mundurek jednym susem pokonując drogę do łazienki. Po pięciu minutach byłam już odświeżona i piękna jak zwykle. Związałam włosy w kucyk i spoglądnęłam jeszcze na lusterko. Po co dziewczyny się malują w tym wieku? Osobiście to oczywiście się maluję, ale lekko lub tylko tą część twarzy, którą chcę uwydatnić. Rozumiem takie osoby co mają na przykład blizny czy jakieś ohydne przebarwienia, ale takie dziewczyny, które są tak normalnie ładne i nakładają 50 ton tapety na siebie!? Skandal! Z tą myślą wyszłam z łazienki i zauważyłam, że czarnej już nie ma. Ach, ta idealna Andromenda. Wyszłam z pokoju przy okazji kopiąc dziewczyny i krzycząc 'POBUDKA!!!' wyszłam z dormitorium. Przeszłam przez pokój wspólny i dokładnie o ósmej wkroczyłam do wielkiej sali. Usiadłam na swoim stałym miejscu i już po chwili zagadał do mnie Frank Longbottom i Arthur Weasley. Jako, że są moimi serdecznymi znajomymi i mamy wspólne tematy. Tym razem wymienialiśmy refleksje na temat ostatniego ataku śmierciożerców. Po chwili dołączyły do nas dziewczyny z Huncwotami, ale ograniczyłam się do zwykłego 'cześć' i powróciłam do konwersacji z chłopakami. Gadaliśmy tak aż do ósmej pięćdziesiąt, a z powodu tego iż moi koledzy są o rok starsi to niestety nie mamy razem lekcji, ale ustaliliśmy, że spotkamy się później na błoniach. W każdym razie poszłam na dwie godziny eliksirów ze Ślizgonami. Do klasy można wejść przed czasem, ale nie okazało się to dobrym pomysłem, ponieważ w sali byli sami ze Slytherinu. Natychmiast zajęłam swoje miejsce unikając patrzenia w oczy Bellatrix. Ta na szczęście odpuściła sobie dręczenie mnie. Otworzyłam książkę na 666 stronie. Przeleciałam oczami po kartce. Uśmiechnęłam się pod nosem i wpisałam tam dwa rządki liter po japońsku. Mój uśmiech się poszerzył. Po chwili przyszła Lily i przeczytała to. Pokiwała tylko głową nie wiedząc jak mnie przekonać, abym to 'rzuciła'. Zamknęłam go i zajęłam się lekcją. Eh jak dobrze, że ruda ze mną siedzi inaczej bym zasnęła albo zabiła nauczyciela. Przez bite półtorej godziny profesorek gadał jaka to Lily Evans jest wspaniała! Eh, rzygać się chcę...
Potem Gryfoni mieli transmutacje z profesor McGonagall, która to gadała jacy to nasi chłopcy są nieodpowiedzialni przez pół lekcji, a przez drugie pół gadała jacy to jesteśmy beznadziejni z transmutacji. Naturalnie nie Evans i Lupin. Oni są 'skazani na Wybitne'.Ciekawe dlaczego? Następnie była historia magii i zielarstwo. Dobrze, że siedziałam z nerwulą, bo inaczej nic a nic bym nie wiedziała. Eh, ta moja Liluś! Potem był obiad. Po obiedzie Lilka i Remus poszli na numerologię, wróżbiarstwo, starożytne runy i jeszcze o dwudziestej poszli na astronomię. Czyli cały dzień byli zajęci. Więc zostałam sama z Dorcas- z czego się akurat cieszę- i Huncwotami, czyli z moim głupim kuzynem też. Ale jest plus. Jest z nami James... Boże szkoda, że on kocha Lily! Nie chodzi o to, że nie kocham Lucjusza, bo on jest moją jedyną i prawdziwą miłością, ale moja duma nie pozwala na to, żeby chłopak mnie nie zauważał! Dupek! Jak można nie zauważyć mnie!? Jestem boska! Eh, zaczynam rozumieć dlaczego Lilka uważa go za totalnego durnia...
*narracja trzecioosobowa
Naszej uroczej czwórce dziewcząt tydzień minął bardzo szybko. W końcu nadszedł weekend. Lily i Andromenda jak zwykle odrobiły swoje lekcje w piątek wieczorem, a że Lilka jest wredną, rudą małpą nie chce im pomóc. Naturalnie gryfonki wiedziały jaki prawdziwy cel miało to kłamstwo, ale wiedziały, że muszą udawać, że o niczym nie wiedzą. I tak ruda naprawdę źle postąpiła, że wyjawiła im, że należy do zakonu. Cóż, zresztą nie można się nie dziwić skoro dwie z nich to śmierciożercy, a trzecia to roztrzepana dziewczyna, której dziadek jest znienawidzonym czarodziejem i pierwszym z śmierciożerców. W każdym razie Anda przez pięć godzin próbowała wbić cokolwiek do ich pięknych główek, a Lily była na zebraniu. Po wyjściu na błonia i bezszelestnym przejściu do lasu zamieniła się w potężnego tygrysa o intensywnie zielonych oczach, dostojnym wyglądzie i ''kociej'' gracji. Nie brakowało jej tej ziarenka sarkazmu, chociaż jako kot ciężko było jej pokazać jakiekolwiek uczucia.
Popatrzyła jeszcze raz w stronę zamku. Gdy dostrzegła białe, podłużne chmury rzuciła się biegiem w stronę granicy dzielącej świat stricte brutalny i chaotyczny od świeckiego spokoju tej ostoi dobra i bezpieczeństwa. Wszystko było dobrze. Biegła przed siebie i rozkoszowała się wiatrem i jednoczeniem z naturą. Była taka beztroska. Szkoda, że nie wiedziała, że ktoś ją obserwuje.
I to z niecnymi planami...
poniedziałek, 23 grudnia 2013
Rozdział 2
*narracja pierwszoosobowa, narrator- James
Kiedy usłyszałem na korytarzu głośne 'UMÓWISZ SIĘ ZE MNĄ, EVANS!?' normalnie miałem zamiar udusić tego kogoś! A do tego jeszcze od razu rozpoznałem głos mojego przyjaciela...
ZABIJĘ GO! Chwilę później uśmiechnięty od ucha do ucha Lupin wpadł do przedziału rzucając mi pamiętnik MOJEJ Liluśki- Maluśki. Mrugnął przy tym do mnie porozumiewawczo. W jednej chwili przestałem się na niego dąsać i na moją twarz wpadł tak samo szeroki uśmiech jak u Luńka. W jednej sekundzie i Łapcia go podłapał czując, że coś się święci. Glizdek pożerał, bo innego słowa na wpychanie sobie ton łakoci do gęby nie znalazłem, słodyczy i gdy odwzajemnił nasz uśmiech czekoladowa żaba sama, z małą pomocą ze strony Syriusza, wyskoczyła mu z buzi. Zanieśliśmy się niepohamowanym śmiechem. Ech, gdyby tylko Lilka tu była to by była najpiękniejsza chwila mojego życia. Z refleksem godnym szukającego skapnąłem się, że wyżej wspomniany rudzioszek może tu zaraz przyjść po swoją zgubę. Jednym ruchem spakowałem ją do walizki i -jak zresztą przewidywałem- do przedziału wpadł rudy wulkan, który w każdym momencie może eksplodować z koszulą do połowy rozpiętą -muszę wspominać, że się zagapiłem czy już się skapnęliście?- oraz morderczym spojrzeniem. Oj będą kłopoty. Remus jako jedyny z nas ma choć odrobinkę inteligencji i tuż przed wybuchem rudej piękności wyszedł zamykając drzwi, biorąc swój bagaż i rzucając zaklęcie wyciszające na nasz pociągowy pokój. Trzy, dwa, jeden... Piekło. Pierwszy raz w życiu, aż tak na mnie wrzeszczała. Chociaż wyglądało to naprawdę komicznie. Raz witała się z przyjaciółmi bądź nauczycielami serdecznym uśmiechem, a raz na mnie wrzeszczała. Albo rozdwojenie jaźni, albo koncepcja Blacka o napięciu przedmiesiączkowym się sprawdza. W każdym razie dopiero gdy weszliśmy do Wielkiej Sali, a ja zwróciłem uwagę na jej ubiór jakoś się uspokoiła. Czytaj Czarna( Andromenda) dała jej sweter widząc w jakim stanie wychodzi z peronu. Zapięła koszulę w akompaniamencie rozczarowanych westchnień Gryfonów i Puchonów siedzących stolik dalej i założyła na siebie sweter. Szaty niestety nie miała, ale obejdzie się bez tego. Ach, ta moja Liluś. Tak bardzo żałuję, że nie chcę dać mi szansy. Gdyby tylko dało sprawiłbym, że byłaby najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Po chwili jej pełne, malinowe usta otworzyły się, a ona powiedziała anielskim głosem kilka słów znad książki od eliksirów do siódmej klasy.
- Potter, przestań się na mnie gapić- cóż słowa niezbyt miłe, ale zauważyliście, że siedzę koło niej? Hip, hip HURA!
- Jak można się nie gapić na tak piękną istotkę jaką jesteś, Liluś- odparłem nonszalanckim głosem. Czułem, że to właśnie dzisiaj. Że dziś może mi się udać!
* - || -, narrator- Lily
Boże, boże, boże, boże! Po jaką cholerę uczyłam się tej cholernej leglimencji! Teraz nawet jeśli nie chcę to muszę słuchać myśli tego najgłupszego z tej zgrai idiotów!
- Nie James, nie umówię się z tobą, nie uda nam się, nie pocałuje cię, a to, że koło ciebie usiadłam to zwykły przypadek- odpowiedziałam chłodno. Gdy nikt mi nie odpowiedział oderwałam się od lektury i spojrzałam w kierunku katedry. Dyrektor spojrzał na mnie wyczekująco i spytał 'Można?'. Boże, spaliłam się ze wstydu. Czerwona jak burak pokiwałam głową i wróciłam do książki. ZABIJĘ GO! A myślałam, że go kochasz. Czekaj! Ja wiem, że go kochasz tylko boisz się, że on nie kocha cię prawdziwie, prawda? Tak kocham go i tak boję się, że to tylko zwykły zakład, ale jakbyś nie zauważyła użyłaś jakiegoś głupiego powtórzenia, które wcale nie uwydatniło twojej wypowiedzi. Teraz zamknij się, bo chcę coś zjeść. Podczas gdy moi przyjaciele śmieli się i głośno rozmawiali, czyli po prostu zjedli w miłej atmosferze, ja szybko zjadłam i wyszłam z sali. Pamiętając o tym, że mam jeszcze z Remusem oprowadzić pierwszorocznych usiadłam na parapecie za drzwiami od sali. Eh, ten świat jest męczący. Nudnych piętnaście minut później Lupin raczył się pokazać. Z uśmiechem dodającym otuchy podeszłam do niego i przywitałam się z dziećmi. Pokazaliśmy im drogę, wyrecytowaliśmy formułkę, daliśmy hasło do dormitorium i ze wszelkimi pytaniami skierowaliśmy ich do nas samych. Nuda. Przyjaciele już dawno siedzieli na kanapie i śmiali się wniebogłosy razem z Lunatykiem, który przed chwilą do nich dotarł. Udałam się w takim razie do pokoju, ale zanim się zorientowałam jak wielki popełniłam błąd byłam już przed drzwiami. Szybko wzięłam ciuchy, pognałam do łazienki i wzięłam kojący prysznic. W myślach zaczęłam układać logiczne zdania tak, aby wszystko wyjaśnić, ale ich za bardzo nie martwić. Wyszłam, wysuszyłam się, ubrałam, umyłam zęby, rozczesałam włosy i po 30 minutach wyszłam. Pokój był już dawno zmieniony w przytulny salon z czterema poduchami, każda miała w kolorze swoich włosów, więc trzy już były zajęte. Na podłodze przed nimi stał niski stoliczek z oryginalnymi i okolicznościowymi poematami z karuty*. W tradycyjnych kubkach z Kraju Wiśni studziła się herbata, a obok na pięknych talerzykach z różowymi kwiatami sakury były porozkładane ciasteczka. Ściany, wcześniej wścielke pomarańczowe, teraz były w kolorze kojącej zieleni. Zamiast na drewnianej podłodze, stąpałam po miękkim, białym dywanie. To wszystko stwarzało razem spokojną, przyjazną i trochę rodzinną atmosferę. Dziewczyny posłały mi zachęcające uśmiechy. Heh, i tak by mi nie dały spokoju. Nawet gdybym je poprosiła. Odwzajemniłam uśmiech i usiadałam. Zamknęłam oczy i powtórzyłam sobie wszystko od początku, tak żeby niczego nie pominąć. Gdy je otworzyłam, dziewczyny patrzyły na mnie wyczekująco. Zaczęłam opowiadać.
*karuta- japońska gra, inaczej '100 poematów'. O więcej informacji odsyłam was do wujka Google lub ciotki Wikipedii.
Kiedy usłyszałem na korytarzu głośne 'UMÓWISZ SIĘ ZE MNĄ, EVANS!?' normalnie miałem zamiar udusić tego kogoś! A do tego jeszcze od razu rozpoznałem głos mojego przyjaciela...
ZABIJĘ GO! Chwilę później uśmiechnięty od ucha do ucha Lupin wpadł do przedziału rzucając mi pamiętnik MOJEJ Liluśki- Maluśki. Mrugnął przy tym do mnie porozumiewawczo. W jednej chwili przestałem się na niego dąsać i na moją twarz wpadł tak samo szeroki uśmiech jak u Luńka. W jednej sekundzie i Łapcia go podłapał czując, że coś się święci. Glizdek pożerał, bo innego słowa na wpychanie sobie ton łakoci do gęby nie znalazłem, słodyczy i gdy odwzajemnił nasz uśmiech czekoladowa żaba sama, z małą pomocą ze strony Syriusza, wyskoczyła mu z buzi. Zanieśliśmy się niepohamowanym śmiechem. Ech, gdyby tylko Lilka tu była to by była najpiękniejsza chwila mojego życia. Z refleksem godnym szukającego skapnąłem się, że wyżej wspomniany rudzioszek może tu zaraz przyjść po swoją zgubę. Jednym ruchem spakowałem ją do walizki i -jak zresztą przewidywałem- do przedziału wpadł rudy wulkan, który w każdym momencie może eksplodować z koszulą do połowy rozpiętą -muszę wspominać, że się zagapiłem czy już się skapnęliście?- oraz morderczym spojrzeniem. Oj będą kłopoty. Remus jako jedyny z nas ma choć odrobinkę inteligencji i tuż przed wybuchem rudej piękności wyszedł zamykając drzwi, biorąc swój bagaż i rzucając zaklęcie wyciszające na nasz pociągowy pokój. Trzy, dwa, jeden... Piekło. Pierwszy raz w życiu, aż tak na mnie wrzeszczała. Chociaż wyglądało to naprawdę komicznie. Raz witała się z przyjaciółmi bądź nauczycielami serdecznym uśmiechem, a raz na mnie wrzeszczała. Albo rozdwojenie jaźni, albo koncepcja Blacka o napięciu przedmiesiączkowym się sprawdza. W każdym razie dopiero gdy weszliśmy do Wielkiej Sali, a ja zwróciłem uwagę na jej ubiór jakoś się uspokoiła. Czytaj Czarna( Andromenda) dała jej sweter widząc w jakim stanie wychodzi z peronu. Zapięła koszulę w akompaniamencie rozczarowanych westchnień Gryfonów i Puchonów siedzących stolik dalej i założyła na siebie sweter. Szaty niestety nie miała, ale obejdzie się bez tego. Ach, ta moja Liluś. Tak bardzo żałuję, że nie chcę dać mi szansy. Gdyby tylko dało sprawiłbym, że byłaby najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Po chwili jej pełne, malinowe usta otworzyły się, a ona powiedziała anielskim głosem kilka słów znad książki od eliksirów do siódmej klasy.
- Potter, przestań się na mnie gapić- cóż słowa niezbyt miłe, ale zauważyliście, że siedzę koło niej? Hip, hip HURA!
- Jak można się nie gapić na tak piękną istotkę jaką jesteś, Liluś- odparłem nonszalanckim głosem. Czułem, że to właśnie dzisiaj. Że dziś może mi się udać!
* - || -, narrator- Lily
Boże, boże, boże, boże! Po jaką cholerę uczyłam się tej cholernej leglimencji! Teraz nawet jeśli nie chcę to muszę słuchać myśli tego najgłupszego z tej zgrai idiotów!
- Nie James, nie umówię się z tobą, nie uda nam się, nie pocałuje cię, a to, że koło ciebie usiadłam to zwykły przypadek- odpowiedziałam chłodno. Gdy nikt mi nie odpowiedział oderwałam się od lektury i spojrzałam w kierunku katedry. Dyrektor spojrzał na mnie wyczekująco i spytał 'Można?'. Boże, spaliłam się ze wstydu. Czerwona jak burak pokiwałam głową i wróciłam do książki. ZABIJĘ GO! A myślałam, że go kochasz. Czekaj! Ja wiem, że go kochasz tylko boisz się, że on nie kocha cię prawdziwie, prawda? Tak kocham go i tak boję się, że to tylko zwykły zakład, ale jakbyś nie zauważyła użyłaś jakiegoś głupiego powtórzenia, które wcale nie uwydatniło twojej wypowiedzi. Teraz zamknij się, bo chcę coś zjeść. Podczas gdy moi przyjaciele śmieli się i głośno rozmawiali, czyli po prostu zjedli w miłej atmosferze, ja szybko zjadłam i wyszłam z sali. Pamiętając o tym, że mam jeszcze z Remusem oprowadzić pierwszorocznych usiadłam na parapecie za drzwiami od sali. Eh, ten świat jest męczący. Nudnych piętnaście minut później Lupin raczył się pokazać. Z uśmiechem dodającym otuchy podeszłam do niego i przywitałam się z dziećmi. Pokazaliśmy im drogę, wyrecytowaliśmy formułkę, daliśmy hasło do dormitorium i ze wszelkimi pytaniami skierowaliśmy ich do nas samych. Nuda. Przyjaciele już dawno siedzieli na kanapie i śmiali się wniebogłosy razem z Lunatykiem, który przed chwilą do nich dotarł. Udałam się w takim razie do pokoju, ale zanim się zorientowałam jak wielki popełniłam błąd byłam już przed drzwiami. Szybko wzięłam ciuchy, pognałam do łazienki i wzięłam kojący prysznic. W myślach zaczęłam układać logiczne zdania tak, aby wszystko wyjaśnić, ale ich za bardzo nie martwić. Wyszłam, wysuszyłam się, ubrałam, umyłam zęby, rozczesałam włosy i po 30 minutach wyszłam. Pokój był już dawno zmieniony w przytulny salon z czterema poduchami, każda miała w kolorze swoich włosów, więc trzy już były zajęte. Na podłodze przed nimi stał niski stoliczek z oryginalnymi i okolicznościowymi poematami z karuty*. W tradycyjnych kubkach z Kraju Wiśni studziła się herbata, a obok na pięknych talerzykach z różowymi kwiatami sakury były porozkładane ciasteczka. Ściany, wcześniej wścielke pomarańczowe, teraz były w kolorze kojącej zieleni. Zamiast na drewnianej podłodze, stąpałam po miękkim, białym dywanie. To wszystko stwarzało razem spokojną, przyjazną i trochę rodzinną atmosferę. Dziewczyny posłały mi zachęcające uśmiechy. Heh, i tak by mi nie dały spokoju. Nawet gdybym je poprosiła. Odwzajemniłam uśmiech i usiadałam. Zamknęłam oczy i powtórzyłam sobie wszystko od początku, tak żeby niczego nie pominąć. Gdy je otworzyłam, dziewczyny patrzyły na mnie wyczekująco. Zaczęłam opowiadać.
*karuta- japońska gra, inaczej '100 poematów'. O więcej informacji odsyłam was do wujka Google lub ciotki Wikipedii.
sobota, 21 grudnia 2013
Rozdział 1
*pisane w pierwszej osobie, narrator- Lily Evans
Przez prawie 20 minut dawałam do zrozumienia temu... dobra, dobra ,spokój Lily, spokój, bo twoje głupie sumienie znowu zacznie się odzywać. Wzywałaś? Oto jestem! Twe irytujące sumienie, które kocha Cię wnerwiać i zawsze jest przy Tobie zawsze, kiedy tego nie potrzebujesz! ZAMKNIJ SIĘ! Na szczęście poskutkowało i moje ukochane ego się łaskawie zamknęło. Wracając do tematu wytłumaczyłam panu jestem-napuszonym-idiotom-nie-dającym-żyć-lilce jak bardzo jest beznadziejny i jak bardzo go nienawidzę, sensustricto ochrzaniłam go.
W tym czasie expres Londyn- Hogwart przyjechał, a raczej nagle pojawił się znikąd i nikt tego nie zauważył dopóki nie usłyszy się charakterystycznego dzwonku, więc nic nie mówiąc weszłam do pojazdu ciągnąc za sobą dziewczyny, które właśnie w tej chwili krztusiły się własną śliną śmiejąc się do rozpuku z moich inteligentnych określeń na Pottera. Wsiadając do ulubionego przedziału jednym ruchem różdżki ustawiłam swoje bagaże, wyjęłam koc i zawinęłam się w kokon siadając przy oknie i zamyślając się na amen, a łączy się z tym także to, że już dawno przestałam słuchać jak to okropne miały wakacje ze swoją patologiczną rodzinką oddaną pewnemu skunksowi bez nosa, który tępi wszystkie szlamy i ostatnio ciągle nawiedza mnie w snach. Może to jakiś rodzaj przepowiedni? Czy to oznacza, że zginę? Czy przyszła już moja kolej? Nie, no przecież Cyzia lub And by mi coś powiedziały, bo ich rodzice by o tym nawijali przez każdą sekundę, już i tak ich marnego życia. Zresztą są śmierciożercami, więc na którymś ze spotkań na pewno wyłapały by moje nazwisko. O Merlinie! Zaczynam gadać jak ten porąbany profesor wróżbiarstwa- Darius Trelawney. Zaraz jeszcze zacznę gadać, ze zginę popełniając samobójstwo w maślance po tym jak mnie rzuci Slash. Eh....
Moje rozmyślania przerwał perlisty śmiech mojej ukochanej czarownicy o niebieskich oczach jaką jest Dorcas Meadows. Romantyczka, casanova, zgrabna i do tego tancerka. Wydaje się pusta, ale tak tylko udaje. Nie lubi się otwierać przed byle kim, więc mogę szczerze ogłosić wszech i wobec, że jestem warta otwarcia! Cholera, dostałam głupawki. A czy ty przypadkiem zawsze nie masz głupawki, kochanie? Ty cholerna...cholerne...cholerny...Cholera czym ty właściwie jesteś !? Jestem TOBĄ. Jeśli uważasz, że jesteś chłopakiem to i ja jestem chłopakiem, ale chyba obydwie wiemy, że jesteś dziewczyną, no nie? A poza tym tak brzydkie słowo w 'pięknych' usteczkach pani idealnej? Nieładnie... Mam cię dość. WYNOCHA Z MOJEJ GŁOWY!!! . Zaraz po jakże interesującej rozmowie z samym sobą przywitałam się wylewnie z mym ukochanym Dżemem i wróciłam do swoich własnych rozmyślań. Właściwie to kiedy zaczęłam gadać z moim alter ego? Właściwie to jesteśmy tą samą osobą, ale ona jest bardziej irytująca. Naprawdę? MORDA!!! O czym ja myślałam... no tak! To zaczęło się po moim pierwszym śnie o NIM. Nie, nie chcę o tym teraz myśleć. Nikt o tym nie wie i to jest najgorsze. Jeśli naprawdę już nadszedł mój czas to nie chcę w to nikogo wplątywać. A znając dziewczyny to pierwsze rzuciłyby się do boju. Przypomniałam sobie nagle o jednym istotnym fakcie. Jak to zamaskuje przed dziewczynami? Najczęściej te sny kończą się krzykiem i urojeniami przez resztę dnia. Jestem wtedy po prostu wyczulona. Usłyszę szelest i już sięgam po różdżkę. Nie, to nie jest zespół napięcia przedmiesiączkowego! Sny są jeszcze gorsze. Są potworne. Niszczą mnie doszczętnie. Uśmiech, który pokazuje każdego dnia jest sztuczny. W środku po prostu się gotuję. Ogarnia mnie taka bezsilność i niepewność. Zaczynam już powoli przyswajać fakt, że każdy dzień może być moim ostatnim... Drzwi do naszego przedziału się otworzyły i pokazał się w nich Remus Lupin. Wysoki blondyn o brązowych oczach i wielką blizną lecącą przez większość twarzy. Andromenda od razu spłonęła rumieńcem i udolnie próbowała zachować wrażenia spokojnej i opanowanej. On uśmiechnął się do mnie pobłażliwie widząc moje zielone oczęta i kilka pasem rudych włosów spod kocykowego kokonu.
- Próbujesz naśladować wielkość brzucha Petera czy po prostu jest ci smutno i zamknęłaś się w 'kokonie zadumy' -zapytał się z trudem powstrzymując śmiech
- Bardzo śmieszne! -odburknęłam. Cóż miałam zły nastrój i tego nie ukrywam- czego chcesz? -zapytałam się posyłając mu nieme spojrzenia 23, czyli 'idź sobie nie widzisz, że zamykam się w kokonie zapomnienia i myślę czy utopić się w mleku czy w maślance!?'.
- Cóż, spodziewałem się bardziej czegoś w stylu ' Dzięki Remus, że poszedłeś na spotkanie prefektów i wykonałeś wszystkie moje obowiązki' -odpowiedział spokojnie i nadal z uśmiechem, pomimo czystego zła emanującego ode mnie.
-Dzięki. Coś jeszcze?- spytałam się już odrobinkę milej. Nie no co ja opowiadam, przecież mam potworny nastrój!
-Tak. Za pięć, góra dziesięć minut jesteśmy w Hogwarcie, więc lepiej się już przebierzcie. Do zobaczenia i naturalnie przekazuje wiadomość od Rogasia 'UMÓWISZ SIĘ ZE MNĄ EVANS!?' -to ostatnie dosłownie wywrzeszczał naśladując idealnie głos Pottera. Eh...
Przez prawie 20 minut dawałam do zrozumienia temu... dobra, dobra ,spokój Lily, spokój, bo twoje głupie sumienie znowu zacznie się odzywać. Wzywałaś? Oto jestem! Twe irytujące sumienie, które kocha Cię wnerwiać i zawsze jest przy Tobie zawsze, kiedy tego nie potrzebujesz! ZAMKNIJ SIĘ! Na szczęście poskutkowało i moje ukochane ego się łaskawie zamknęło. Wracając do tematu wytłumaczyłam panu jestem-napuszonym-idiotom-nie-dającym-żyć-lilce jak bardzo jest beznadziejny i jak bardzo go nienawidzę, sensustricto ochrzaniłam go.
W tym czasie expres Londyn- Hogwart przyjechał, a raczej nagle pojawił się znikąd i nikt tego nie zauważył dopóki nie usłyszy się charakterystycznego dzwonku, więc nic nie mówiąc weszłam do pojazdu ciągnąc za sobą dziewczyny, które właśnie w tej chwili krztusiły się własną śliną śmiejąc się do rozpuku z moich inteligentnych określeń na Pottera. Wsiadając do ulubionego przedziału jednym ruchem różdżki ustawiłam swoje bagaże, wyjęłam koc i zawinęłam się w kokon siadając przy oknie i zamyślając się na amen, a łączy się z tym także to, że już dawno przestałam słuchać jak to okropne miały wakacje ze swoją patologiczną rodzinką oddaną pewnemu skunksowi bez nosa, który tępi wszystkie szlamy i ostatnio ciągle nawiedza mnie w snach. Może to jakiś rodzaj przepowiedni? Czy to oznacza, że zginę? Czy przyszła już moja kolej? Nie, no przecież Cyzia lub And by mi coś powiedziały, bo ich rodzice by o tym nawijali przez każdą sekundę, już i tak ich marnego życia. Zresztą są śmierciożercami, więc na którymś ze spotkań na pewno wyłapały by moje nazwisko. O Merlinie! Zaczynam gadać jak ten porąbany profesor wróżbiarstwa- Darius Trelawney. Zaraz jeszcze zacznę gadać, ze zginę popełniając samobójstwo w maślance po tym jak mnie rzuci Slash. Eh....
Moje rozmyślania przerwał perlisty śmiech mojej ukochanej czarownicy o niebieskich oczach jaką jest Dorcas Meadows. Romantyczka, casanova, zgrabna i do tego tancerka. Wydaje się pusta, ale tak tylko udaje. Nie lubi się otwierać przed byle kim, więc mogę szczerze ogłosić wszech i wobec, że jestem warta otwarcia! Cholera, dostałam głupawki. A czy ty przypadkiem zawsze nie masz głupawki, kochanie? Ty cholerna...cholerne...cholerny...Cholera czym ty właściwie jesteś !? Jestem TOBĄ. Jeśli uważasz, że jesteś chłopakiem to i ja jestem chłopakiem, ale chyba obydwie wiemy, że jesteś dziewczyną, no nie? A poza tym tak brzydkie słowo w 'pięknych' usteczkach pani idealnej? Nieładnie... Mam cię dość. WYNOCHA Z MOJEJ GŁOWY!!! . Zaraz po jakże interesującej rozmowie z samym sobą przywitałam się wylewnie z mym ukochanym Dżemem i wróciłam do swoich własnych rozmyślań. Właściwie to kiedy zaczęłam gadać z moim alter ego? Właściwie to jesteśmy tą samą osobą, ale ona jest bardziej irytująca. Naprawdę? MORDA!!! O czym ja myślałam... no tak! To zaczęło się po moim pierwszym śnie o NIM. Nie, nie chcę o tym teraz myśleć. Nikt o tym nie wie i to jest najgorsze. Jeśli naprawdę już nadszedł mój czas to nie chcę w to nikogo wplątywać. A znając dziewczyny to pierwsze rzuciłyby się do boju. Przypomniałam sobie nagle o jednym istotnym fakcie. Jak to zamaskuje przed dziewczynami? Najczęściej te sny kończą się krzykiem i urojeniami przez resztę dnia. Jestem wtedy po prostu wyczulona. Usłyszę szelest i już sięgam po różdżkę. Nie, to nie jest zespół napięcia przedmiesiączkowego! Sny są jeszcze gorsze. Są potworne. Niszczą mnie doszczętnie. Uśmiech, który pokazuje każdego dnia jest sztuczny. W środku po prostu się gotuję. Ogarnia mnie taka bezsilność i niepewność. Zaczynam już powoli przyswajać fakt, że każdy dzień może być moim ostatnim... Drzwi do naszego przedziału się otworzyły i pokazał się w nich Remus Lupin. Wysoki blondyn o brązowych oczach i wielką blizną lecącą przez większość twarzy. Andromenda od razu spłonęła rumieńcem i udolnie próbowała zachować wrażenia spokojnej i opanowanej. On uśmiechnął się do mnie pobłażliwie widząc moje zielone oczęta i kilka pasem rudych włosów spod kocykowego kokonu.
- Próbujesz naśladować wielkość brzucha Petera czy po prostu jest ci smutno i zamknęłaś się w 'kokonie zadumy' -zapytał się z trudem powstrzymując śmiech
- Bardzo śmieszne! -odburknęłam. Cóż miałam zły nastrój i tego nie ukrywam- czego chcesz? -zapytałam się posyłając mu nieme spojrzenia 23, czyli 'idź sobie nie widzisz, że zamykam się w kokonie zapomnienia i myślę czy utopić się w mleku czy w maślance!?'.
- Cóż, spodziewałem się bardziej czegoś w stylu ' Dzięki Remus, że poszedłeś na spotkanie prefektów i wykonałeś wszystkie moje obowiązki' -odpowiedział spokojnie i nadal z uśmiechem, pomimo czystego zła emanującego ode mnie.
-Dzięki. Coś jeszcze?- spytałam się już odrobinkę milej. Nie no co ja opowiadam, przecież mam potworny nastrój!
-Tak. Za pięć, góra dziesięć minut jesteśmy w Hogwarcie, więc lepiej się już przebierzcie. Do zobaczenia i naturalnie przekazuje wiadomość od Rogasia 'UMÓWISZ SIĘ ZE MNĄ EVANS!?' -to ostatnie dosłownie wywrzeszczał naśladując idealnie głos Pottera. Eh...
piątek, 20 grudnia 2013
Prolog
Jak z resztą co roku, trzy boskie dziewczyny zaśmiewały się w najlepsze idąc po peronie na King's Cross. Gdy doszły już do odpowiedniego miejsca nagle... zniknęły. Wjechały w ścianę między peronem 9 a 10 i nagle zniknęły! Po prostu zniknęły! Dla postronnego obserwatora jest to wręcz niemożliwe, ale dla nich jest to rzecz w 100 % normalna. Dzień w którym jest rozpoczęcie roku w mugolskiej szkole jest również dniem, kiedy uczniowie Hogwartu powracają do swojej 'ukochanej' szkoły po dwóch miesiącach błogich, spokojnych wakacji. Nie dla Lily Evans naturalnie.
Wyżej wspomniana dziewczyna to osoba o chudej, zgrabnej sylwetce z ognisto rudymi włosami i zielonych oczach w kształcie migdałów. Jej słodki nosek, którego czubek jest delikatnie wykrzywiony w górę, jest pokryty piegami o nieregularnych kształtach. Ogólnie jest blada, bo jak już się opali to trzyma się to może z dwa, trzy dni, a potem wraca do swojej naturalnie, wampirzej cery.
Warto by było wspomnieć, że ma rodzinę mugoli, więc mimo obecności jej najlepszych przyjaciółek podczas wakacji to i tak po prostu nienawidzi swojej rodziny, choćby przez nazwanie jej dziwolągiem przez jej własną matkę. Rozumiem Petunie, ale matka? Heh, nieważne...
Obok niej trzymając ją pod ramię szła naprawdę ostra blondynka z mocnym makijażem i wyzywającymi ciuchami. Nie ma chłopaka, który by się za nią nie obejrzał. Nawet grupka emerytów (zapewne wybierających się na długie wakacje za pieniądze swoich ukochanych córeczek i synków, żeby połowę przepić albo zapłacić za prostytutki, ale to tylko takie moje spostrzeżenie) upuściła swoje sztuczne szczęki, kiedy przechodziła obok uśmiechając się zalotnie do jakiegoś przystojniaka. A jednak ma chłopaka. Nietypowe jest to zachowanie dla przyszłej panny młodej zakochanej po uszy w niejakiej blondynce, pardon, blondynowi, pogromcy szlam i jeszcze użyłabym tu wielu, wielu innych epitetów, ale z racji tego, że ten blog w przyszłości może przeczytać moja nauczycielka od polskiego odpuszczę je sobie. Jednym słowem Lucjusz Malfoy. Wracając jednak do zachowania blondynki. Cóż powiedzieć? Jest po prostu z rodziny Blacków. Śmierciożerca. Bezlitosna. Chamska. Wywyższająca się. Narcyza Black. A jednak jest jedną z najlepszych przyjaciółek szlamy i tiara przydziału przydzieliła ją do Gryffindoru. Jak mawia moja koleżanka 'Przypadek? Zauważę, że przez przypadek nie można zniszczyć wszechświata, więc odpowiedź negatywna.'. Ty chyba wszystko o czarnookiej,-która właśnie korzystając z tego, że jej chłopaka jeszcze nie ma podrywa siedmiorocznych Puchonów i próbującą odeprzeć błyskawice tryskające z włosów rudej złośnicy- więc przejdę do brunetki stojącej obok zielonookiej. Jest to Andromenda Black pożądana przez większą część mężczyzn uczęszczającej do owej szkoły, a jednak tak niedostępna. Cóż o niej można powiedzieć? Idealne kształty, lśniące oczy, zabójczy uśmiech, zgrabna sylwetka, i długie, opadające falami brąz włosy. Zbyt idealna, prawda? Nie można być aż tak idealnym, na pewno nie! Wiem, że użyłam tu aż tylu powtórzeń, ale nie ma innego słowa- o ile można to ubrać w słowa-, które odzwierciedliło jej piękna, jej doskonałości! To znaczy jest, ale to tajemnica, a co to by była za tajemnica jeśli wy byście ją znali?
Ad rem, gdy tylko weszła na peron, który był jeszcze prawie pusty (bo kto normalny przychodzi godzinę przed przyjazdem pociągu na stacje! A tak one...) o dziwo zobaczyła coś, czego nie chciała zobaczyć przez dobre kilka godzin. A jednak! Ten łajdak Potter i ta jego zgraja imbecyli uśmiechali się do nich- a właściwie do niej, bo jakoś nie przepadali za siostrami Black i vice versa- iście huncwockimi uśmieszkami. Nawet nie wiadomo kiedy (wiadomo, odkąd po raz pierwszy zrobili jakiś 'mega odjechany kawał staremu Filchowi') to sformułowanie weszło w ciągłe użycie przez między innymi rudowłosą gryfonkę. I to wcale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Na czole pani prefekt wystąpiły pierwsze krople potu i żyły naturalnie ze zdenerwowania. Kiedy James odpalił swoją słynną formułkę 'UMÓWISZ SIĘ ZE MNĄ EVANS!?' po prostu wybuchła...
Wyżej wspomniana dziewczyna to osoba o chudej, zgrabnej sylwetce z ognisto rudymi włosami i zielonych oczach w kształcie migdałów. Jej słodki nosek, którego czubek jest delikatnie wykrzywiony w górę, jest pokryty piegami o nieregularnych kształtach. Ogólnie jest blada, bo jak już się opali to trzyma się to może z dwa, trzy dni, a potem wraca do swojej naturalnie, wampirzej cery.
Warto by było wspomnieć, że ma rodzinę mugoli, więc mimo obecności jej najlepszych przyjaciółek podczas wakacji to i tak po prostu nienawidzi swojej rodziny, choćby przez nazwanie jej dziwolągiem przez jej własną matkę. Rozumiem Petunie, ale matka? Heh, nieważne...
Obok niej trzymając ją pod ramię szła naprawdę ostra blondynka z mocnym makijażem i wyzywającymi ciuchami. Nie ma chłopaka, który by się za nią nie obejrzał. Nawet grupka emerytów (zapewne wybierających się na długie wakacje za pieniądze swoich ukochanych córeczek i synków, żeby połowę przepić albo zapłacić za prostytutki, ale to tylko takie moje spostrzeżenie) upuściła swoje sztuczne szczęki, kiedy przechodziła obok uśmiechając się zalotnie do jakiegoś przystojniaka. A jednak ma chłopaka. Nietypowe jest to zachowanie dla przyszłej panny młodej zakochanej po uszy w niejakiej blondynce, pardon, blondynowi, pogromcy szlam i jeszcze użyłabym tu wielu, wielu innych epitetów, ale z racji tego, że ten blog w przyszłości może przeczytać moja nauczycielka od polskiego odpuszczę je sobie. Jednym słowem Lucjusz Malfoy. Wracając jednak do zachowania blondynki. Cóż powiedzieć? Jest po prostu z rodziny Blacków. Śmierciożerca. Bezlitosna. Chamska. Wywyższająca się. Narcyza Black. A jednak jest jedną z najlepszych przyjaciółek szlamy i tiara przydziału przydzieliła ją do Gryffindoru. Jak mawia moja koleżanka 'Przypadek? Zauważę, że przez przypadek nie można zniszczyć wszechświata, więc odpowiedź negatywna.'. Ty chyba wszystko o czarnookiej,-która właśnie korzystając z tego, że jej chłopaka jeszcze nie ma podrywa siedmiorocznych Puchonów i próbującą odeprzeć błyskawice tryskające z włosów rudej złośnicy- więc przejdę do brunetki stojącej obok zielonookiej. Jest to Andromenda Black pożądana przez większą część mężczyzn uczęszczającej do owej szkoły, a jednak tak niedostępna. Cóż o niej można powiedzieć? Idealne kształty, lśniące oczy, zabójczy uśmiech, zgrabna sylwetka, i długie, opadające falami brąz włosy. Zbyt idealna, prawda? Nie można być aż tak idealnym, na pewno nie! Wiem, że użyłam tu aż tylu powtórzeń, ale nie ma innego słowa- o ile można to ubrać w słowa-, które odzwierciedliło jej piękna, jej doskonałości! To znaczy jest, ale to tajemnica, a co to by była za tajemnica jeśli wy byście ją znali?
Ad rem, gdy tylko weszła na peron, który był jeszcze prawie pusty (bo kto normalny przychodzi godzinę przed przyjazdem pociągu na stacje! A tak one...) o dziwo zobaczyła coś, czego nie chciała zobaczyć przez dobre kilka godzin. A jednak! Ten łajdak Potter i ta jego zgraja imbecyli uśmiechali się do nich- a właściwie do niej, bo jakoś nie przepadali za siostrami Black i vice versa- iście huncwockimi uśmieszkami. Nawet nie wiadomo kiedy (wiadomo, odkąd po raz pierwszy zrobili jakiś 'mega odjechany kawał staremu Filchowi') to sformułowanie weszło w ciągłe użycie przez między innymi rudowłosą gryfonkę. I to wcale nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Na czole pani prefekt wystąpiły pierwsze krople potu i żyły naturalnie ze zdenerwowania. Kiedy James odpalił swoją słynną formułkę 'UMÓWISZ SIĘ ZE MNĄ EVANS!?' po prostu wybuchła...
Cześć!
Witam was serdecznie na tym, jakże urokliwym, blogu!
Wszystko tkwi w miejscu, jeśli chodzi wygląd, ale pierwsza notka już tuż, tuż!
Jak zresztą zdążyliście się domyślić ten blog będzie opowiadał o szkolnych podbojach wiecznie rozczochranego, czarnowłosego czterookiego, który wbrew pozorów jest elitą Hogwartu- Szkoły Magii i Czarodziejstwa. A kto jest obiektem jego podbojów? Nie kto inny jak ruda złośnica o zielonych oczach w kształcie migdałów. Pasują do siebie, nie? James- bo tak ma na imę wyżej wspomniany rozczochraniec- za wszelką cenę stara się zdobyć serce Lily- to ta złośnica-, a ta postanowiła sobie za cel pokrzyżowanie mu planów poprzez ciągłą odpowiedź na jego wyznania 'Prędzej umówię się ze sklątką tylnowybuchową niż z tobą, Potter!' albo 'Dorcas możesz rzucić we mnie cruciatusem, bo jeśli nie to zaraz wykastruje tego DEBILA'. Mniej więcej tak to wygląda. Mam nadzieję, że wam się spodoba!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
