*narracja pierwszoosobowa, narrator-Narcyza
Następnego dnia obudziłyśmy się porozrzucane po całym pokoju. Jedna na parapecie, druga pod biurkiem, trzecia w łazience, a czwarta w fotelu. Tak w ogóle co robi fotel w naszym pokoju!? Nieważne. Eh. Jednak hogwardzka na smutki nie jest dobrym rozwiązaniem. Przeszłam przez tor przeszkód utworzony z ciał moich przyjaciółek, mebli i najzwyczajniejszych pierdółek, które powypadały z szafek lub kufrów, do szafy i zwinęłam mundurek jednym susem pokonując drogę do łazienki. Po pięciu minutach byłam już odświeżona i piękna jak zwykle. Związałam włosy w kucyk i spoglądnęłam jeszcze na lusterko. Po co dziewczyny się malują w tym wieku? Osobiście to oczywiście się maluję, ale lekko lub tylko tą część twarzy, którą chcę uwydatnić. Rozumiem takie osoby co mają na przykład blizny czy jakieś ohydne przebarwienia, ale takie dziewczyny, które są tak normalnie ładne i nakładają 50 ton tapety na siebie!? Skandal! Z tą myślą wyszłam z łazienki i zauważyłam, że czarnej już nie ma. Ach, ta idealna Andromenda. Wyszłam z pokoju przy okazji kopiąc dziewczyny i krzycząc 'POBUDKA!!!' wyszłam z dormitorium. Przeszłam przez pokój wspólny i dokładnie o ósmej wkroczyłam do wielkiej sali. Usiadłam na swoim stałym miejscu i już po chwili zagadał do mnie Frank Longbottom i Arthur Weasley. Jako, że są moimi serdecznymi znajomymi i mamy wspólne tematy. Tym razem wymienialiśmy refleksje na temat ostatniego ataku śmierciożerców. Po chwili dołączyły do nas dziewczyny z Huncwotami, ale ograniczyłam się do zwykłego 'cześć' i powróciłam do konwersacji z chłopakami. Gadaliśmy tak aż do ósmej pięćdziesiąt, a z powodu tego iż moi koledzy są o rok starsi to niestety nie mamy razem lekcji, ale ustaliliśmy, że spotkamy się później na błoniach. W każdym razie poszłam na dwie godziny eliksirów ze Ślizgonami. Do klasy można wejść przed czasem, ale nie okazało się to dobrym pomysłem, ponieważ w sali byli sami ze Slytherinu. Natychmiast zajęłam swoje miejsce unikając patrzenia w oczy Bellatrix. Ta na szczęście odpuściła sobie dręczenie mnie. Otworzyłam książkę na 666 stronie. Przeleciałam oczami po kartce. Uśmiechnęłam się pod nosem i wpisałam tam dwa rządki liter po japońsku. Mój uśmiech się poszerzył. Po chwili przyszła Lily i przeczytała to. Pokiwała tylko głową nie wiedząc jak mnie przekonać, abym to 'rzuciła'. Zamknęłam go i zajęłam się lekcją. Eh jak dobrze, że ruda ze mną siedzi inaczej bym zasnęła albo zabiła nauczyciela. Przez bite półtorej godziny profesorek gadał jaka to Lily Evans jest wspaniała! Eh, rzygać się chcę...
Potem Gryfoni mieli transmutacje z profesor McGonagall, która to gadała jacy to nasi chłopcy są nieodpowiedzialni przez pół lekcji, a przez drugie pół gadała jacy to jesteśmy beznadziejni z transmutacji. Naturalnie nie Evans i Lupin. Oni są 'skazani na Wybitne'.Ciekawe dlaczego? Następnie była historia magii i zielarstwo. Dobrze, że siedziałam z nerwulą, bo inaczej nic a nic bym nie wiedziała. Eh, ta moja Liluś! Potem był obiad. Po obiedzie Lilka i Remus poszli na numerologię, wróżbiarstwo, starożytne runy i jeszcze o dwudziestej poszli na astronomię. Czyli cały dzień byli zajęci. Więc zostałam sama z Dorcas- z czego się akurat cieszę- i Huncwotami, czyli z moim głupim kuzynem też. Ale jest plus. Jest z nami James... Boże szkoda, że on kocha Lily! Nie chodzi o to, że nie kocham Lucjusza, bo on jest moją jedyną i prawdziwą miłością, ale moja duma nie pozwala na to, żeby chłopak mnie nie zauważał! Dupek! Jak można nie zauważyć mnie!? Jestem boska! Eh, zaczynam rozumieć dlaczego Lilka uważa go za totalnego durnia...
*narracja trzecioosobowa
Naszej uroczej czwórce dziewcząt tydzień minął bardzo szybko. W końcu nadszedł weekend. Lily i Andromenda jak zwykle odrobiły swoje lekcje w piątek wieczorem, a że Lilka jest wredną, rudą małpą nie chce im pomóc. Naturalnie gryfonki wiedziały jaki prawdziwy cel miało to kłamstwo, ale wiedziały, że muszą udawać, że o niczym nie wiedzą. I tak ruda naprawdę źle postąpiła, że wyjawiła im, że należy do zakonu. Cóż, zresztą nie można się nie dziwić skoro dwie z nich to śmierciożercy, a trzecia to roztrzepana dziewczyna, której dziadek jest znienawidzonym czarodziejem i pierwszym z śmierciożerców. W każdym razie Anda przez pięć godzin próbowała wbić cokolwiek do ich pięknych główek, a Lily była na zebraniu. Po wyjściu na błonia i bezszelestnym przejściu do lasu zamieniła się w potężnego tygrysa o intensywnie zielonych oczach, dostojnym wyglądzie i ''kociej'' gracji. Nie brakowało jej tej ziarenka sarkazmu, chociaż jako kot ciężko było jej pokazać jakiekolwiek uczucia.
Popatrzyła jeszcze raz w stronę zamku. Gdy dostrzegła białe, podłużne chmury rzuciła się biegiem w stronę granicy dzielącej świat stricte brutalny i chaotyczny od świeckiego spokoju tej ostoi dobra i bezpieczeństwa. Wszystko było dobrze. Biegła przed siebie i rozkoszowała się wiatrem i jednoczeniem z naturą. Była taka beztroska. Szkoda, że nie wiedziała, że ktoś ją obserwuje.
I to z niecnymi planami...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz