poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozdział 2

*narracja pierwszoosobowa, narrator- James
   Kiedy usłyszałem na korytarzu głośne 'UMÓWISZ SIĘ ZE MNĄ, EVANS!?' normalnie miałem zamiar udusić tego kogoś! A do tego jeszcze od razu rozpoznałem głos mojego przyjaciela...
ZABIJĘ GO! Chwilę później uśmiechnięty od ucha do ucha Lupin wpadł do przedziału rzucając mi pamiętnik MOJEJ Liluśki- Maluśki. Mrugnął przy tym do mnie porozumiewawczo. W jednej chwili przestałem się na niego dąsać i na moją twarz wpadł tak samo szeroki uśmiech jak u Luńka. W jednej sekundzie i Łapcia go podłapał czując, że coś się święci. Glizdek pożerał, bo innego słowa na wpychanie sobie ton łakoci do gęby nie znalazłem, słodyczy i gdy odwzajemnił nasz uśmiech czekoladowa żaba sama, z małą pomocą ze strony Syriusza, wyskoczyła mu z buzi. Zanieśliśmy się niepohamowanym śmiechem. Ech, gdyby tylko Lilka tu była to by była najpiękniejsza chwila mojego życia. Z refleksem godnym szukającego skapnąłem się, że wyżej wspomniany rudzioszek może tu zaraz przyjść po swoją zgubę. Jednym ruchem spakowałem ją do walizki i -jak zresztą przewidywałem- do przedziału wpadł rudy wulkan, który w każdym momencie może eksplodować z koszulą do połowy rozpiętą -muszę wspominać, że się zagapiłem czy już się skapnęliście?-  oraz morderczym spojrzeniem. Oj będą kłopoty. Remus jako jedyny z nas ma choć odrobinkę inteligencji i tuż przed wybuchem rudej piękności wyszedł zamykając drzwi, biorąc swój bagaż i rzucając zaklęcie wyciszające na nasz pociągowy pokój. Trzy, dwa, jeden... Piekło. Pierwszy raz w życiu, aż tak na mnie wrzeszczała. Chociaż wyglądało to naprawdę komicznie. Raz witała się z przyjaciółmi bądź nauczycielami serdecznym uśmiechem, a raz na mnie wrzeszczała. Albo rozdwojenie jaźni, albo koncepcja Blacka o napięciu przedmiesiączkowym się sprawdza. W każdym razie dopiero gdy weszliśmy do Wielkiej Sali, a ja zwróciłem uwagę na jej ubiór jakoś się uspokoiła. Czytaj Czarna( Andromenda) dała jej sweter widząc w jakim stanie wychodzi z peronu. Zapięła koszulę w akompaniamencie rozczarowanych westchnień Gryfonów i Puchonów siedzących stolik dalej i założyła na siebie sweter. Szaty niestety nie miała, ale obejdzie się bez tego. Ach, ta moja Liluś. Tak bardzo żałuję, że nie chcę dać mi szansy. Gdyby tylko dało sprawiłbym, że byłaby najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. Po chwili jej pełne, malinowe usta otworzyły się, a ona powiedziała anielskim głosem kilka słów znad książki od eliksirów do siódmej klasy.
- Potter, przestań się na mnie gapić- cóż słowa niezbyt miłe, ale zauważyliście, że siedzę koło niej? Hip, hip HURA!
- Jak można się nie gapić na tak piękną istotkę jaką jesteś, Liluś- odparłem nonszalanckim głosem. Czułem, że to właśnie dzisiaj. Że dziś może mi się udać!
* - || -, narrator- Lily
  Boże, boże, boże, boże! Po jaką cholerę uczyłam się tej cholernej leglimencji! Teraz nawet jeśli nie chcę to muszę słuchać myśli tego najgłupszego z tej zgrai idiotów!
- Nie James, nie umówię się z tobą, nie uda nam się, nie pocałuje cię, a to, że koło ciebie usiadłam to zwykły przypadek- odpowiedziałam chłodno. Gdy nikt mi nie odpowiedział oderwałam się od lektury i spojrzałam w kierunku katedry. Dyrektor spojrzał na mnie wyczekująco i spytał 'Można?'. Boże, spaliłam się ze wstydu. Czerwona jak burak pokiwałam głową i wróciłam do książki. ZABIJĘ GO! A myślałam, że go kochasz. Czekaj! Ja wiem, że go kochasz tylko boisz się, że on nie kocha cię prawdziwie, prawda? Tak kocham go i tak boję się, że to tylko zwykły zakład, ale jakbyś nie zauważyła użyłaś jakiegoś głupiego powtórzenia, które wcale nie uwydatniło twojej wypowiedzi. Teraz zamknij się, bo chcę coś zjeść. Podczas gdy moi przyjaciele śmieli się i głośno rozmawiali, czyli po prostu zjedli w miłej atmosferze, ja szybko zjadłam i wyszłam z sali. Pamiętając o tym, że mam jeszcze z Remusem oprowadzić pierwszorocznych usiadłam na parapecie za drzwiami od sali. Eh, ten świat jest męczący. Nudnych piętnaście minut później Lupin raczył się pokazać. Z uśmiechem dodającym otuchy podeszłam do niego i przywitałam się z dziećmi. Pokazaliśmy im drogę, wyrecytowaliśmy formułkę, daliśmy hasło do dormitorium i ze wszelkimi pytaniami skierowaliśmy ich do nas samych. Nuda. Przyjaciele już dawno siedzieli na kanapie i śmiali się wniebogłosy razem z Lunatykiem, który przed chwilą do nich dotarł. Udałam się w takim razie do pokoju, ale zanim się zorientowałam jak wielki popełniłam błąd byłam już przed drzwiami. Szybko wzięłam ciuchy, pognałam do łazienki i wzięłam kojący prysznic. W myślach zaczęłam układać logiczne zdania tak, aby wszystko wyjaśnić, ale ich za bardzo nie martwić. Wyszłam, wysuszyłam się, ubrałam, umyłam zęby, rozczesałam włosy i po 30 minutach wyszłam. Pokój był już dawno zmieniony w przytulny salon z czterema poduchami, każda miała w kolorze swoich włosów, więc trzy już były zajęte. Na podłodze przed nimi stał niski stoliczek z oryginalnymi i okolicznościowymi poematami z karuty*. W tradycyjnych kubkach z Kraju Wiśni studziła się herbata, a obok na pięknych talerzykach z różowymi kwiatami sakury były porozkładane ciasteczka. Ściany, wcześniej wścielke pomarańczowe, teraz były w kolorze kojącej zieleni. Zamiast na drewnianej podłodze, stąpałam po miękkim, białym dywanie. To wszystko stwarzało razem spokojną, przyjazną i trochę rodzinną atmosferę. Dziewczyny posłały mi zachęcające uśmiechy. Heh, i tak by mi nie dały spokoju. Nawet gdybym je poprosiła. Odwzajemniłam uśmiech  i usiadałam. Zamknęłam oczy i powtórzyłam sobie wszystko od początku, tak żeby niczego nie pominąć. Gdy je otworzyłam, dziewczyny patrzyły na mnie wyczekująco. Zaczęłam opowiadać.

*karuta- japońska gra, inaczej '100 poematów'. O więcej informacji odsyłam was do wujka Google lub ciotki Wikipedii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz